7 marca dla wielu fanów trance w Polsce kojarzył się tylko z 2 imprezami: z bydgoskim
enTrance i holenderskim gigantem Trance Energy.
Choć z pewnością skala, popularność, a także rozmiary tych imprez są nieporównywalne, klimat i muzyczna różnorodność jaka panowała w tym roku w Łuczniczce to jednak zdecydowanie światowy poziom, którego nie powstydziłyby się największe festiwale na świecie.
Kto choć raz był na
enTrance lub choćby enHouse wie, jaki niesamowity klimat udziela się po wejściu na parkiet tej nowoczesnej hali, która po prostu stworzona jest do tego typu klubowych eventów. Nie inaczej było tym razem. Piąta edycja enTrance za nami. Pozostała masa pozytywnych wrażeń, nie tylko muzycznych.
Bramy
hali Łuczniczki otworzyły się dla klubowiczy już o godzinie 18., ponad godzinę przed rozpoczęciem pierwszego z setów. To dość wcześnie, biorąc pod uwagę godziny rozpoczęcia i zakończenia z poprzednich lat.
Nie dało się nie zauważyć faktu, iż w odróżnieniu do poprzednich lat impreza zaczęła się od razu transowymi dźwiękami, gdzie w minionych edycjach pierwszych klubowiczy rozgrzewali house'owi dje: Cez Are Kane, Toxic Noiz, DJ W.
Line-up otworzył pierwszy z dj-ów
MDT a konkretnie
Fafaq - najmłodszy z występujących artystów tej nocy. Muzycznie typowo rozgrzewkowy set - początek lżejszy, progresywny i spokojniejszy, druga część zdecydowanie energiczniejsza z dobrze znanym "Full Tiltin" w remiksie Joint Operations Centre. Mimo kilku drobnych błędów w technice, młody dj z Ostrowa Wielkopolskiego pozytywnie rozkręcił towarzystwo. Tym samym około godziny 20:00 parkiet hali był już prawie zapełniony (jest to akurat norma na tej imprezie), a publika czekała już na starego wyjadacza agencji, czyli
Jay Bae.
Po transowym secie
Fafaqa bardzo elektroniczny początek z utworem Prodigy. Później jakby na przeprosiny prezentował bardzo dobre utwory w klimatach house, podchodzące pod minima/techno. Szybko jednak wszystko wróciło do enTrance'owej normy odświeżoną przez Martina Rotha wersją "Shining Star" CJ Stona, czy Public Domain i najnowszy remix Operation Blade.
Trzeba przyznać, że był to bardzo różnorodny, a zarazem energetyczny i momentami mroczny set. W międzyczasie halę zaczęły rozjaśniać pierwsze lasery (w łącznej liczbie około 30 sztuk) w czerwono-zielonych kolorach, które jeszcze bardziej rozkręciły bawiącą się pod sceną publikę - najzagorzalszych fanów
Jay Bae. Koniec seta zdecydowanie "techowy" i mocniejszy.
Kolejnym djem, który usiadł za sterami był niezwykle sympatyczny i uśmiechnięty, debiutujący w Polsce
Steve Mulder. Podobnie jak
Fafaq, technicznie nas nie powalił na nogi, za to muzycznie zachwycił z pewnością najwybredniejszych słuchaczy. Kolejny różnorodny set z transowym początkiem i housowymi brzmieniami- jego "The Main Event" oraz najczęściej granym rok temu utworem na Trance Energy: Funkagenda - "What The Fuck". Może utwór nie pierwszej świeżości, ale wywołał owacje zadowolenia wśród publiki. Momentami można było poczuć się jak na enHouse - baunsujący tłum reagujący na każdy dźwięk wydobywający się z głośników. Steve w komentarzach po secie wyrażał zdecydowane zadowolenie z polskiej publiki, która jak powiedział "emanowała wielką pozytywna energią", co w sposób bardzo widoczny udzieliło się również i jemu...(%) Bardzo spodobały się mu również polskie kobiety... rozrywkowy temperament trzeba przyznać.
O 22:45 za konsoletą stanęli dobrze znani wszystkim
Kyau & Albert.
Otwierający w 2008 roku holenderski mainstage duet (wbrew pozorom bydgoska impreza miała dużo wspólnego z TE), już na początku zyskał aprobatę publiczności - przywitany został gorącymi brawami. Bardzo spokojny i i wokalny początek seta z minuty na minutę nabierał rumieńców i energetycznych brzmień, z których bydgoska publiczność wyraźnie była zadowolona. Klubowiczów przywitali Reflekt "Need To Feel Loved" w nowym remiksie Adam K & Soha. Muzycznie podobnie jak
Jay Bae oraz
Steve - różnorodnie, transowo, klasycznie - dobrze znane produkcje tych dwóch panów: Neo Love i Megashira, które nie pozostawiły suchej nitki na pięciu tysiącach ludzi zgromadzonych w hali Łuczniczka.
Na samą myśl o tym wieczorze chciałoby się wrócić i przeżyć to jeszcze raz, ponieważ dawno w Polsce nie słyszałem tak genialnego muzycznie eventu. Nie zabrakło też upliftingowych-brakedown'owych momentów, przy których cały parkiet klaskał wraz z grającymi za konsoletą dj'ami.
Grający po K&A
Gareth Emery nie pozwolił nikomu zejść z parkietu swym jakże pędzącym setem, przy którym ciężko było mimo zmęczenia spokojnie usiąść i odpocząć. Najbardziej spójny i najbardziej transowy set ze wszystkich wykonawców. Wiele autorskich produkcji, m.in. remix "Vampire" Myon and Shane 54, a także "Made of Love" Ferrego Corstena były tego najlepszym przykładem. Doskonały kontakt grającego z publiką,oklaski, brawa i zadowolenie klubowiczy to jedne z wielu pozytywnych akcentów tego seta, a także całego eventu.
Oprawa wizualna imprezy zbytnio nie różniła się od poprzednich.
Maruderzy narzekali na to, że
enTrance to zwykła ściana ze światłami i ekranami diodowymi a do tego lasery święcące po bokach hali. "
Minus dla organizatorów za słabą scenę. Taka prosta i bez pomysłu, zrobiona tak aby polska nie zginęła". Świateł na scenie momentami zdawało się być aż za dużo. Masa ruchomych głowic, które wraz z przecinającymi z każdej strony powietrze laserami (również po raz pierwszy lasery znajdowały się na trybunach naprzeciwko sceny) robiły nierzadko naprawdę pozytywne i oślepiające wrażenie, przynajmniej na osobach, które na
enTrance były po raz pierwszy.
Tu przy okazji warto dodać, iż niektórzy narzekali również na słabe nagłośnienie, które na końcu hali zdawało się urywać głowę, zaś im bliżej sceny wydawało się być o dziwo coraz słabsze. Tak czy inaczej akustyka hali to po prostu cos pięknego.
W każdym miejscu, gdziekolwiek by się stało, rozkoszowaliśmy się czystym i soczystym dźwiękiem energetycznych bitów jakie o 1:30 zaczął serwować nam długo oczekiwany w Polsce
Sied Van Riel - twórca hymnu tegorocznego
enTrance "Darklight", również uczestnik TE 2008.
Jak to ktoś napisał: "
tak pozamiatał parkiet, że ekipa sprzątająca nie miała co robić..." Trudno się dziwić takiej opinii, gdyż
Sied potrafi rozgrzać publikę do czerwoności tylko samymi swoimi produkcjami: "Contrast", "E=M Sied Square". To też uczynił podczas swojego seta, którego zagrał z połamanymi słuchawkami. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, gdyż pomimo dostarczenia przez organizatorów nowych słuchawek odmówił i kontynuował grę na wybrakowanym odsłuchu.
Klubowicze wręcz oszaleli przy jego secie, a najbardziej klubowicze pod sceną, którzy zdawali się cały czas skakać z rękoma uniesionymi do góry, co chwile nagradzając holendra oklaskami, dając tym samym wyraz swojemu zadowoleniu. Klimat udzielił się również
Sied'owi, który kilkakrotnie wychodził zza sceny, kłaniał się a na koniec rozdawał swoje płyty winylowe z autografami. Po secie zdecydowanie zadowolony podsumował swoje dokonania, "skromnie" i przekornie z uśmiechem mówiąc do grającego po nim dja "Sick my ass..." dając tym samym znać, iż postawił poprzeczkę bardzo wysoko, albo jeszcze wyżej niż poprzednicy. Zdecydowanie jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy set tej nocy.
Następnym djem, który jako jedyny ze wszystkich pomagał sobie podczas swojego mixu laptopem był
Greg Downey. Bardzo oryginalny set. Na początek dla przypomnienia szczypta elektronicznych, czasami psychodelicznych brzmień, zabawa cue i efektami, abstrakcyjne "rave'owe" undergroundowe klimaty były dosyć przyjemną dla ucha odmianą. Ciekawie od początku do końca - jak większość artystów tego wieczoru. Również bardzo różnorodnie, bez monotonii, m.in. kolejny raz zremiksowana produkcja Prodigy "Omen", a jakiś czas później powolutku schodząc z ciężkich utworów, dla odmiany np. "Still Alive" w remiksie Paula van Dyka.
Jako ostatnia zagrała polska ekipa
Sound Players. Przepełniony energetycznymi progresywnymi brzmieniami "kopali leżącego" produkcjami Marcusa Schossowa, Ronalda van Gelderena itd.
Mimo resztek sił potrafili wykrzesać ze mnie i ostatnich klubowiczów ostatnie pokłady energii. Tym samym prawie do końca imprezy parkiet w hali pozostawał pełny.
Impreza zakończyła się dość wcześnie, bo o 5:15 a to ze względu na to, iż na drugi dzień (tak naprawdę w ten sam) miał odbyć się mecz piłki siatkowej, stąd ochrona miała za zadanie pospieszyć wychodzących ludzi, a ekipa od sceny praktycznie 10 minut po ostatnim secie brała się za jej rozkładanie.
"
Szczerze mówiąc, to minusów tej imprezy trzeba szukać na siłę, choć te na pewno by się znalazły."
Przystępne ceny w cateringu, piwo puszkowe, rzadko spotykane na klubowych eventach drinki, sprawna ochrona i wiele innych...
Moim zdaniem była to jedna z lepszych edycji tego festiwalu, biorąc pod uwagę fakt frekwencji, klimatu i przede wszystkim niepowtarzalnej muzyki, nie monotonnej, różnorodnej, ciekawej. Z czystym sumieniem można przyznać, ze dje spisali się na medal.
Podsumowując, impreza
enTrance zawsze pozostawiała po sobie więcej pozytywnych wrażeń aniżeli negatywnych. Jest to z pewnością zasługa nowoczesnej hali, której położenie, innowacyjność, genialna akustyka, oraz zaplecze logistyczne, pozwala na dużo więcej niż zwykła prosta ściana ze światłami i lasery. Miejmy nadzieję, że agencja
MDT za rok włoży w tę imprezę jeszcze więcej kreatywności, tym bardziej iż
enTrance zyskało już miano jednej z lepszych imprez w Polsce, przynajmniej pod względem muzycznym, a na taką z pewnością bydgoska impreza zasłużyła.
Tekst: Wasilthcplayer
Zdjęcia: Wasilthcplayer, BigBoy, Emtuu