RELACJA Z SUNRISE FESTIVAL 2010 | WeLoveTrance.pl
 


 
strona główna  



RELACJA Z SUNRISE FESTIVAL 2010

Już po raz ósmy klubowicze z całej Polski a także zagraniczni goście bawili się przez cały weekend w kołobrzeskim amfiteatrze i jego okolicach. Ponieważ Sunrise Festival odbywa się w sezonie letnim, już kilka dni przed jej rozpoczęciem dało się zauważyć klubowiczów w centrum miasta oraz na plaży. Ponownie jak w roku ubiegłym, również i tym razem, w kilku miejscach Kołobrzegu pojawiły się punkty z koszulkami, smyczami i innymi gadżetami związanymi z festiwalem. Im mniej godzin pozostało do rozpoczęcia imprezy, tym więcej ludzi przewijało się w okolicach ulicy Fredry, gdzie mieści się amfiteatr.



Na cztery godziny przed otwarciem bram, w hotelu sąsiadującym z terenem imprezy, odbyła się konferencja prasowa, podczas której przedstawiciele MDT Agency zdradzali szczegóły organizacyjne tegorocznej edycji Sunrise Festival. Można było dowiedzieć się między innymi, że zostanie zastosowane najnowsze nagłośnienie L'Acoustic serii V-Dosc oraz że firma Clockwork zadbała o nowatorskie pomysły w kwestii wizualizacji. Okazało się, że zagraniczni dje występujący w tym roku nie mają nietypowych wymagań zapisanych w umowach, za to w riderach technicznych powtarzał się temat najnowszego sprzętu marki Pioneer o numerze katalogowym CDJ 2000, z którego dostępnością w naszym kraju na chwilę obecną jest ciężko. Od początku konferencji na sali obecna była jedna z gwiazd Sunrise - Ben Gold. Później dołączył do niego jeszcze Cliff Coenraad. Cliff zapytany przez redakcję naszego serwisu o oficjalny before, na którym grał w Mielnie w noc poprzedzającą Sunrise, stwierdził, że impreza była jak najbardziej udana, co było widać po jego wyraźnym uśmiechu na twarzy. Ben Gold natomiast powiedział nam, że Sunrise Festival to jego największa impreza, na której będzie grał i już nie może doczekać się występu. Przedstawiciele agencji poinformowali, że część zagranicznych artystów już dotarła do Kołobrzegu, niektórzy przylecą do Polski private jetami, a jeszcze inni pojadą z Niemiec samochodem (i tutaj miało miejsce nietypowe wymaganie - pewien dj zażyczył sobie podstawienia samochodu z dobrym silnikiem oraz niemieckim kierowcą).



Nadeszła pora, aby skonfrontować obietnice organizatorów z faktycznym stanem. Sunrise Festival 2010 rozpoczął się od seta dja i producenta z południowej Polski. Carlo Calabro był jednym z trzech polskich djów, którzy mieli wystąpić tego wieczoru na scenie Digital, umiejscowionej na parkingu przed amfiteatrem. Po nim miał zagrać Fafaq, jednak kilka dni przed imprezą agencja poinformowała, że zamieni się miejscami z Nitrousem Oxidem, którego występ w sobotni poranek utrudniłby mu dotarcie na kolejną imprezę, na której grał w sobotę za granicą. Tak też się stało i za konsoletą o 19 pojawił się najpopularniejszy polski dj reprezentujący trance, którego produkcje grane są przez całą światową czołówkę djską. W jego secie nie zabrakło produkcji z debiutanckiego albumu, który ukazał się wiosną tego roku. Miłośnicy "anjunabeatsowych" klimatów mogli być w pełni zadowoleni z tego seta.



Równo z wybiciem godziny 20:00 przyszedł czas na pierwszą zagraniczną gwiazdę festiwalu. O tej samej godzinie wystartowała także bezpośrednia transmisja radiowa z namiotu Radia Planeta, nadawana na cały kraj. Na scenie pojawił się sympatyczny Holender - Artento Divini. Na tych, którzy nie mają w zwyczaju przychodzić na imprezę dopiero przed północą, Artento z pewnością zrobił bardzo pozytywne wrażenie. W czasie seta wielokrotnie wychodził przed konsoletę i zachęcał do zabawy klubowiczów zgromadzonych na parkingu. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a z głośników wydobywały się konkretne transowe brzmienia. Pojawił się między inymi hymn imprezy Pleasure Island, na której Divini grał w czerwcu. "Griffin" zachęciło ludzi do tanecznych szaleństw, ale największa euforia przypadła prawodopodobnie na utwór "Biding My Time". Smaczkiem tego seta był autorski mashup, w którym Artento zawarł swoją produkcję wydaną w pierwszym kwartale 2010 roku - "Who's Next" oraz nieśmiertelnego hitu Prodigy "Smack My Bitch Up". Znakomitym kontaktem z publiką oraz świetnym doborem utworów zdobył serca klubowiczów, choć jeśli chodzi o kwestię techniczną miksowania, nie poszło mu najlepiej.



Godzina 21:15 według książeczki rozdawanej przy wejściu na teren festiwalu, przypadała na rozpoczęcie seta W&W. Chłopaki pojawili się za sterami i - co tu dużo mówić - zatrzęśli sceną Digital. "Mainstage" i remix do "My Mind Is With You" to tylko niektóre z popularnych numerów tego holenderskiego duetu, które już od miesięcy są uwielbiane na całym świecie. W ubiegłym roku, gdy W&W po raz pierwszy zagrali na Sunrise, najbardziej oczekiwaną produkcją w secie była "Arena". Utwór, od którego rozpoczęli gigantyczną światową karierę, zagrali również i tym razem, rozpalając do czerwoności klubowiczów sceny Digital. W secie znalazło się także kilka powtórek z wcześniejszego występu W&W w Polsce: "Stranger To Stability", "Renegade". Willem i Wardt zaprezentowali także najnowszy numer "Alpha", który ostatnio bardzo mocno wspiera sam Armin van Buuren. Kto widział ich choć raz za konsoletą, to ma świadomość tego, jaka radość i energia towarzyszy im w czasie grania seta. Udowodnili, że całkiem zasłużenie należała im się nagroda za najlepszego seta 2009 roku. Po tegorocznym wydaniu sporo ludzi typowało właśnie seta W&W, jako najlepszego z Sunrise Festival 2010. Od pewnego czasu było już wiadomo, że Holendrzy zostaną uhonorowani statuetką Sunset Music Awards. W piątkową noc na scenie Digital Krzysztof Bartyzel - szef MDT Agency, wręczył im ją osobiście, za co podziękowali w języku polskim.



O 22:45 nastąpiła historyczna chwila - po raz pierwszy w historii Sunrise Festival pojawił się live act na tak dużą skalę. Mowa tu o projekcie Chicane, znanym i uwielbianym chociażby za ponadczasowy hit "Saltwater", którego oczywiście nie mogło zabraknąć podczas imprezy. Jedni byli zachwyceni, inni natomiast narzekali, że taka odskocznia od tradycyjnych setów nie pasowała do klimatu tego festiwalu. Pewne jest jednak, że grupa zaprezentowała całkiem pokaźny repertuar, ich występ przedłużył się o niemal 30 minut, oprócz 60-ciu planowanych. Wokalistka wykonała znane przeboje, takie jak "Don't Give Up", "Stoned In Love" czy "Poppiholla". Chicane, to tak naprawdę Nick Bracegirdle, pochodzący z Londynu. Na scenie grał na kilku keyboardach. Oprócz niego i wokalistki live-act uzupełniał perkusista i gitarzysta. Na parkingu przed amfiteatrem zrobiło się nieco luźniej, jednak im było bliżej do północy, tym więcej fanów Garetha Emery gromadziło się przed sceną. Dosłownie na kilka minut przed rozpoczęciem kolejnego seta, na środku parkingu pojawił się przedstawiciel Andy Moor TV z kamerą. Pomyłka czy być może zajmował się również relacją z seta Garetha? Okazało się, że ani jedno, ani drugie.



15 minut po północy, tuż po intrze z tykającym coraz szybciej zegarem przedstawiona została kolejna gwiazda wieczoru, którą nieoczekiwanie o tej godzinie był... Andy Moor. Okazało się, że Gareth Emery miał problemy z dotarciem w związku z niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Andy co prawda nieoczekiwanie dostał "prime time", jednak ucierpiał na tym niestety czas seta, który został skrócony do 45 minut. W tym czasie pojawiło się kilka mashupów, które kilka miesięcy wcześniej zaprezentował we Wrocławiu. Wśród nich hymn enTrance 2010 w połączeniu z jeszcze jednym hitem ostatnich miesięcy - "Right Back" Yuri Kane'a. Andy zagrał kilka numerów swojego dobrego znajomego - Ashleya Wallbridge'a, a także najnowszy singiel Stoneface & Terminal "Moment". Zanim Moor zdążył rozkręcić się na dobre, wybiła godzina 01:00 i kontrolę nad konsoletą przejął założyciel Coldharbour Recordings.



Markus Schulz, podobnie jak wielu zagranicznych djów, przy każdej nadarzającej się okazji powtarza, że polska publika jest niesamowita i za każdym razem z wielką przyjemnością powraca do naszego kraju. Tym razem do dyspozycji otrzymał 90 minut. Polskim akcentem, chociaż w remiksie Ummeta Ozcana, była produkcja "Cardboard Box" duetu Skytech. Nie zabrakło promowanego przez Markusa od dobrych kilku miesięcy hitu Rex Mundi "Opera Of Northern Ocean" w remiksie Phynna, a także słynnych przeróbek Schulza, zwanych "Big Room Reconstruction". Na kilka dni przed premierą setnego wydawnictwa labela Coldharbour, Markus zaprezentował swój najnowszy singiel "Perception", do którego głosu użyczyła Justine Suissa. Pochodzący z Niemiec dj i producent jak zwykle stojąc za konsoletą był bardzo uśmiechnięty, po raz drugi w historii miał okazję zagrać w Kołobrzegu. Występ zakończył znaną i uwielbianą autorską produkcją "Do You Dream" w mniej znanej, upliftingowej wersji z wokalem. Zdecydowanie trafił w "10" przy wyborze numeru na koniec seta. Być może niektórzy nie wiedzą, że Markus Schulz był zabookowany przez MDT Agency już pięć lat temu na imprezę Welcome To Amnesia Ibiza, która odbyła się nad poznańską Maltą. Wtedy niestety klubowiczom nie było dane posłuchać jego seta, gdyż... Markus ma lęk wysokości, a scena na tej imprezie została umieszczona kilka metrów nad ziemią.



Set Markusa trwał zgodnie z planem 90 minut, jednak był nieco przesunięty w czasie z powodu problemów z dotarciem na teren imprezy szefa labela Garuda. Ostatecznie Gareth Emery wystąpił o 02:30. Oczekiwania były spore, szczególnie po jego ostatnim występie na enTrance rok wcześniej. Przez ten rok dużo zmieniło się na korzyść dla Garetha - między innymi awansował w rankingu popularności DJ Maga z 23. na 9. miejsce. Wracając jednak do Sunrise Festival, krótko mówiąc - Gareth nie zawiódł. A bardziej szczegółowo - miłośnicy jego twórczości mogli być w pełni usatysfakcjonowani występem tego pana w Kołobrzegu. Pojawiły się liczne hity, takie jak "Exposure" czy "Global", kilka mashupów oraz klasyki w nowych wersjach. Większość z tych numerów, gdy tylko usłyszeć dało się pierwsze charakterystyczne dźwięki, wzbudzała ogromny entuzjazm na parkiecie sceny Digital. Brytyjczyk sięgnął między innymi po hymn tegorocznego Trance Energy, specyficzny "Stranger To Stability", a nawet produkcję Pendulum. Zbliżający się debiutancki album "Northern Lights", promowany utworem "Sanctuary" z udziałem Lucy Saunders pojawił się w energicznym remiksie Seana Tyasa. Dosłownie kilka minut wcześniej Gareth przypomniał starego klasyka Tiesto "Suburban Train" również w remiksie Tyasa. Biorąc pod uwagę wspaniałą zabawę klubowiczów, można stwierdzić, że Gareth Emery podobnie jak kilka godzin wcześniej duet W&W, wykonał swoje zadanie na 110%.



Nadszedł czas na ostatniego zagranicznego gościa tego wieczoru, autora hymnu Sunrise Festival 2010 - Cliffa Coenraada. Holender znany jest z cięższych brzmień i właśnie w takim stylu był jego set. Różnił się muzycznie zdecdyowanie od kilku poprzednich, w myśl zasady "dla każdego coś dobrego". W związku z tym fani mroczniejszych klimatów znaleźli w jego secie coś interesującego dla siebie. Cliff sięgnął po produkcje Cirez D, Sandera van Doorna, Tiesto i Jochena Millera. Większą część występu poświęcił na autopromocję, grając swoje produkcje i "repimpy". W tym miejscu trzeba przyznać, że Coenraad nie miał za bardzo szczęścia, bo to w czasie jego seta najwięcej ludzi zdecydowało się opuścić teren imprezy. Głównym powodem nie była raczej późna godzina ani ciężkie klimaty, ale... pogoda. Celowo wcześniej pominięta w relacji, jednak nie da się zupełnie pominąć tej kwestii. Jeszcze w czwartek przed imprezą wczasowicze w Kołobrzegu wygrzewali się na słonecznej plaży. Wieczorem niestety nastąpiło załamanie pogody, które utrzymało się aż do niedzielnego poranka. Biorąc pod uwagę, że cały lipiec aż do dnia przed imprezą obfitował w tropikalne upały, można mówić o niebywałym pechu organizatorów Sunrise Festival. W piątek do godziny 14. w Kołobrzegu cały czas padał deszcz, który uspokoił się aż do połowy seta Cliffa. Ulewa zaatakowała z ogromną mocą i tylko najwytrwalsi zdecydowali się bawić dalej na secie Coenraada i ostatniego reprezentanta z Polski.



Fafaq w zeszłym roku otwierał festiwal setem o godzinie 18:00. Równo ze startem jego seta spadł wtedy deszcz. Tym razem, po zamianie godzin z Nitrousem Oxidem, znowu lało się z nieba. Ci, którym pogoda była niestraszna, bardzo miło wspominają te 60 minut, kończące pierwszy festiwalowy dzień. DJ reprezentujący MDT Agency zagrał ciekawego seta, zaczynając od mocnego uderzenia remiksem Bryana Kearneya do numeru The Streets "Blinded By The Lights". Do mocnych punktów z pewnością należała także nowa wersja produkcji "Fractured" Marka Sherry, która całkiem niedawno ukazała się na rynku. Jeszcze raz tej nocy pojawił się numer braci Dziewulskich, tym razem "Comet". Do końca imprezy Fafaq zagrał jeszcze nowe utwory Marcela Woodsa, Roberta Buriana i Marco V. W tem sposób zakończył się pierwszy dzień Sunrise Festival 2010 na scenie Digital.



Deszcz, który zaczął padać w sobotę nad ranem, nie miał zamiaru odpuścić przez następne kilkanaście godzin. Przygnębiająca pogoda nie przeszkodziła jednak klubowiczom w dotarciu na teren imprezy i kilkanaście tysięcy ludzi wzięło udział w sobotniej odsłonie Sunrise Festival 2010. Opady pojawiały się i znikały przez cały czas. Wielu uczestników imprezy zaopatrzyło się w peleryny przeciwdeszczowe. Producencko-djski duet Sound Players rozpoczął kolejny dzień muzycznego święta od najnowszego, autorskiego wydawnictwa "CoolnesS", do którego wokalu użyczyła Baltica. W secie pojawiły się produkcje Marcusa Schossowa, Richarda Duranda i po raz kolejny na imprezie Skytech. Set koszalińskich djów znakomicie nadawał się na rozgrzewkę przed zagranicznymi gwiazdami, które miały wystąpić tuż po nich. Podobnie jak Gareth Emery w piątek, tak Joop w sobotę miał problem z dotarciem na swojego seta, który miał rozpocząć się o 19:15. W związku z tym organizatorzy postanowili zmienić timetable i w jego miejsce przenieść Ummeta Ozcana, który był już na miejscu, a miał grać jako ostatni zagraniczny artysta. Ta zamiana jednych uradowała, inni natomiast nie kryli złości czekając bezskutecznie późną nocą na set Ozcana.



Ummet Ozcan okazał się być "czarnym koniem" tegorocznego festiwalu. Był to jego pierwszy występ przed polską publicznością. Jego występ w zdecydowanej większości składał się z jego produkcji i remiksów, co zapowiadał kilkanaście dni wcześniej w ekskluzywnym wywiadzie dla WeLoveTrance.pl. Pełen energii set z muzycznymi smakołykami zdobył uznanie wielu klubowiczów. Punktem obowiązkowym był ubiegłoroczny hit "TimeWave Zero", dzięki któremu o Ummecie zrobiło się głośno. Nie zabrakło "Trinity", "Next Phase", najnowszej kolaboracji z Siedem van Rielem "Serendipity" oraz remiksu do utworu promującego nadchodzący album Armina van Buurena - "Full Focus". Po zakończonym secie Ozcan postanowił sprawdzić, jak bawią się ludzie podczas setów pozostałych djów. W czasie występu Armina van Buurena, ten sympatyczny mieszkaniec Holandii urodzony w Turcji, pojawił się na środku parkietu sceny Digital.



Kolejnym djem według timetable był Ali Wilson. Kto zna i lubi jego twórczość, ten zapewne po jego 75-minutowym secie był bardzo zadowolony. Ali zagrał w swoim stylu, prezentując dużo własnej twórczości. Wielokrotnie w czasie jego seta pojawiały się utwory związane z Marco V. Był "Shakedown", była "Pandora", było szaleństwo na parkiecie. Deszcz nie oszczędzał bawiących się tłumów, jednak każdy na parkingu miał w miarę swobodne miejsce do zabawy. W przeciwieństwie do ubiegłego roku, ekrany za konsoletą zostały zabezpieczone na wypadek niesprzyjającej pogody. Tym razem były one pionowe, jedynie bezpośrednio za djem znajdował się prostokątny ekran. Wizualizacjami jak zwykle zajęli się panowie z Clockwork, choć trzeba przyznać że w ogólnym podsumowaniu motyw przewodni sceny nie został zbytnio wyeksponowany. Po imprezie wiele ludzi narzekało na brak odpowiednich wizualizacji w czasie intr oraz na same intra, których część stanowiły dźwięki znane już z Sunrise 2008. Tak czy inaczej, z każdą kolejną minutą atmosfera na parkingu robiła się coraz gorętsza. A wszystko to za sprawą tego, który miał wystąpić 30 minut po północy. Najpierw jednak na klubowiczów czekały inne atrakcje muzyczne.



O 21:45 za konsoletą pojawił się Ashley Wallbridge, czyli już trzeci w kolejności zagraniczny dj, który tego wieczoru zagrał w Polsce po raz pierwszy w życiu. Ashley jest w ostatnim czasie bardzo aktywnym producentem, więc podobnie jak jego poprzednicy, jego występ w Kołobrzegu składał się głównie z jego produkcji i remiksów. Sięgnął także po swojego mashupa, który wywołał na scenie Digital wielkie poruszenie. Tym mashupem było "Faces In A Good Dream", które już dzień wcześniej zaprezentował na tej samej scenie jego dobry znajomy - Andy Moor. Z autorskich produkcji Wallbridge'a pojawiły się: "Rhythm", "Smoke" i "Chimera". Już po raz trzeci tego wieczoru w secie znalazła się produkcja Armina van Buurena, głównej gwiazdy sobotniego Sunrise. Tym razem z głośników popłynął najnowszy singiel dja numer 1, pod pseudonimem Gaia - "Aisha" w interpretacji Ashleya.



Tuż po 23:00 za konsoletą pojawił się człowiek z dyskotekową kulą na głowie i wystartował megamix, który składał się ze starych, znanych produkcji. Wśród nich znalazły się między innymi: The Police "S.O.S." (Sander van Doorn remix), Orjan Nilsen "Prison Break", Marcel Woods "Advanced", Armani & Ghost "Airport" oraz Tiesto "Lethal Industry". Podczas megamiksu, po prawej stronie od konsolety oczom klubowiczów ukazały się na niebie fajerwerki. Na zakończenie tej części imprezy, na scenie pojawiła się wokalistka, której głos zdobi nieoficjalny hymn wszystkich edycji Sunrise Festival, począwszy od 2004 roku. Kultowy, ponadczasowy, genialny, wzruszający - to kilka określeń utworu formacji Andain "Beautiful Things", który na stałe wpisał się w krajobraz kołobrzeskiej imprezy. Po raz pierwszy w historii ta produkcja została wykonana na żywo przez Mavie Marcos. Cały parkiet bujał się w rytm Gabriel & Dresden unplugged mix, a Mavie została na koniec występu obsypana oklaskami.



Nieprzypadkowo o 23:30 za konsoletą pojawił się Blake Jarrell. Jego zadaniem było uspokojenie atmosfery po dotychczasowych szaleństwach i przygotowanie ludzi na występ gwiazdy wieczoru. Zadanie zostało wykonane poprawnie, a Blake korzystając z okazji, przedstawił swoją twórczość. Najciekawszym momentem jego seta był prawdopodobnie remix "Chasing Cars" zespołu Snow Patrol. Z ciekawostek muzycznych można wymienić "Smack My Bitch Up" Prodigy, w mało znanym remiksie Maxa Vangeli & AN21. Publiczność coraz liczniej zaczęła gromadzić się w okolicach barierek przed sceną, oczekując na pojawienie się Armina. Zanim jednak pojawił się za konsoletą, udał się na moment do namiotu prasowego położonego tuż za sceną.



30 minut po północy nadszedł kulminacyjny punkt festiwalu - występ Armina van Buurena. Gdy tylko pojawił się na scenie, klubowicze przywitali go gromkimi brawami. Rozpoczął spokojnie, od własnego mashupa "She Gave Hapiness Every Other Way". Kilka minut później w powietrzu unosiły się pierwsze dźwięki hitowego "Not Going Home", jednak tym razem z wokalem będącym fragmentem innej produkcji Faithless - "Insomnia". W dalszej części seta nastąpiła premiera najnowszego singla "Not Giving Up On Love" z wokalem Sophie Ellis-Bextor. Armin może być w pełni zadowolony, gdyż ten numer zrobił bardzo pozytywne wrażenie na uczestnikach imprezy. Kontynuując prezentację własnych produkcji, zagrał także "Aishę" oraz "Full Focus". Kto słucha uważnie jego cotygodniowej audycji A State Of Trance, ten znał kilka kolejnych kąsków z jego seta. Wśród nich między innymi najnowsza produkcja Daniela Kandiego - "Symphonica", wydana w labelu Leona Boliera. Nie zabrakło porywających wokali: Fisher w "Found A Way", Ana Criado w "Nothing Else Matters", Neev Kennedy w "Sun In The Winter" - prawdziwa uczta dla miłośników vocal trance.



Armin zagrał jeszcze zupełnie nową produkcję z nadchodzącego albumu - "Orbion", która idealnie nadaje się na imprezy i z pewnością w najbliższych miesiącach będzie pojawiała się na parkietach całego świata. Mnóstwo pozytywnej energii bijącej od Armina, znakomity kontakt z publicznością i swietny dobór utworów sprawił, że ten występ na długo pozostanie w umysłach uczestników imprezy. Podczas seta wielokrotnie układał dłonie w kształ serca, eksponował również flagę Polski - jak nietrudno się domyślić, wywołuje to za każdym razem ogromną euforię wśród fanów tego Holendra. Dwugodzinny muzyczny maraton zakończył się mocnym uderzeniem - remiksem Alexa M.O.R.P.H.a do produkcji Armina van Buurena "Broken Tonight".




Warto jednak było zachować resztki sił na występ następnego dja - Bena Golda. Ten sympatyczny Brytyjczyk zachowaniem przed imprezą przypominał Bobinę przed enTrance 2007. Wtedy to również niepozorny mieszkaniec Rosji, który przed setem sprawiał wrażenie, jakby obawiał się występu przed kilkutysięczną publiką, po rozpoczęciu seta zmienił się o 180 stopni. Podobnie było z Benem Goldem na Sunrise 2010. 30 minut po drugiej w nocy wszyscy zebrani na parkingu klubowicze usłyszeli pierwsze bity najnowszego remiksu Golda, który na chwilę obecną supportuje ogromna ilość topowych djów. Zremiksował on najpopularniejszy numer duetu Nenes & Pascal Feliz "Platinum". Niesamowitą energię tego seta można było odczuć nie tylko bawiąc się tuż przy scenie, ale także na drugim końcu parkingu. Nie bez powodu uczestnicy Sunrise typują jego seta jako jeden z najlepszych podczas tegorocznej edycji festiwalu. Znakomite remiksy do "Vanilla" oraz "Faces", świetne autorskie "Profile", "Sapphire" i "Starstruck" przeplatane znakomitymi klasykami innych producentów ("Cherry Blossom", "Lost Connection", "Exposure") stworzyły mieszankę wybuchową i za to należy się temu młodemu artyście pełen szacunek. Była to jego pierwsza i na pewno nie ostatnia wizyta w Polsce.



03:45 to godzina, w której za konsoletą miał pojawić się Ummet Ozcan. Stało się jednak inaczej i to Joop zawładnął sceną Digital przez następne 75 minut. Jak to zwykle bywa, znaleźli się i tacy, którzy odnosząc się do jego seta stwierdzali, że... Ummet świetnie zagrał. Choć w tym przypadku akurat też mieli rację. Wracając jednak do Joopa - "mocno" i "mrocznie" to słowa, które chyba najlepiej oddają klimat tego występu. Joop nie grał już w naszym kraju bardzo długo, ale dało się usłyszeć, że nadal jest w świetnej formie. Kilka numerów z tego seta zrobiłoby świetne wrażenie również na klubowiczach bawiących się na scenie Analog, jednak na parkingu również zabawa trwała w najlepsze. Joop postawił na trzy produkcje i remiksy Jonasa Stenberga, był klasyk Benassiego "Satisfaction" w nowym remiksie, a także dwie autorskie produkcje Joopa - wśród nich nie mogło oczywiście zabraknąć hymnu Trance Energy z 2007 roku - "The Future". W czasie seta zaczęło robić się jasno na niebie, co oznaczało, że niedługo Sunrise Festival 2010 przejdzie do historii. Na swoją kolej czekał już tylko jeden dj.



Gdyby nie patrzeć przez kilka pierwszych minut na konsoletę, można było odnieść wrażenie, że właśnie gra Sander van Doorn. To jego produkcjami rozpoczął swój godzinny występ Dave Schiemann. Najwytrwalsi po raz kolejny i już ostatni usłyszeli "Stranger To Stability". Były również po raz kolejny produkcje Jonasa Stenberga, Marco V oraz Thomasa Golda. O 06:00 Sunrise Festival 2010 przeszedł do historii.



Komu było jeszcze mało, organizatorzy przygotowali oficjalne after party na plaży. Okazało się jednak, że poranny sztorm nad Bałtykiem skomplikował nieco plany. Pojawiły się głosy, że w tym roku popularnego aftera nie będzie wcale. Udało się go jednak zorganizować, ale tym razem konsoleta nie mogła stanąć na molo, jak miało to miejsce w latach ubiegłych. Ustawiona została tuż przed hotelem Bałtyk, obok długiego pasa schodów prowadzących na plażę główną. Pogoda nie była za bardzo sprzyjająca, ale pomimo tego kilka tysięcy klubowiczów bawiło się w rytm housowej muzyki przez pół dnia.



Co roku sporo jest ludzi, którzy po piątkowej i sobotniej imprezie oraz after party na plaży, czują nadal głód imprezowy. Z pomocą przychodzi Sunset Music Awards czyli niedzielna impreza w kołobrzeskim amfiteatrze. W tym roku oprócz solenizanta - dja Krisa, który tylko raz w roku pojawia się za konsoletą, aby zagrać seta, wystąpili także: Radi S, Maxx, Gregory & Kostek, Quiz & Insane, Fafaq, @lex, Jay Bae, Brodsky. Największe wrażenie jak zwykle zrobił set Krisa oraz ponowny występ Andain z przepięknym wykonaniem "Beautiful Things". Mavie Marcos otrzymała z rąk Krisa statuetkę za ponadczasowy utwór, co zostało nagrodzone brawami przez kilka tysięcy uczestników SMA.




Podsumowując, tegoroczne wydanie Sunrise Festival po raz kolejny zostało zakłócone przez pogodę, ale nie przeszkodziło to w muzycznej uczcie klubowiczom, którzy przyjechali, a także przylecieli z najdalszych zakątków świata. Do minusów Sunrise 2010 można zaliczyć przygotowanie intr, małą ilość pirotechniki, brak kamer na wysięgnikach rejestrujących imprezę i niewielkie nawiązanie do motywu przewodniego tegorocznej edycji festiwalu. Plusem po raz kolejny była muzyka i specyficzny klimat panujący w tym miejscu, a także zaproszenie sporej ilości zagranicznych djów, dla których był to pierwszy występ w Polsce. Klubowicze, którzy bawili się zarówno na scenie Digital jak i Analog, w większości twierdzili, że dużo ciekawiej prezentowała się scena w amfiteatrze. Wspominając o scenach należy również napisać, że w tym roku po raz pierwszy na terenie festiwalu stanęła scena-namiot Red Tent, w którym swoje umiejętności prezentowali zarówno polscy jak i zagraniczni dje.

Ósma edycja Sunrise Festival za nami, pozostały wspomnienia...

Tekst: Maciej Grzelak
Zdjęcia: Janusz Jędrzejewski

 

 

    96 k | 192 k 96 k | 192 k 96 k | 192 k

MDT Agency
MSM Events
High Contrast Recordings
Promaidmusic Agency
Ekwador
DJ Pro ClubLife Limmil
Fotoplay

Kontakt z serwisem Copyright © 2008 - 2011 WeLoveTrance  
statystyka